czwartek, 2 marca 2017

Kulturalnie przy kominku #2: Slow life. Zwolnij i zacznij żyć

Schylił się i dołożył dębowego drewna do tlącego się w kominku ognika. Żar zaszeleścił a w powietrzu zawisł ledwo dostrzegalny kłębek dymu.

    W dzisiejszym świecie jesteśmy zewsząd zasypywani poradami i wskazówkami odnośnie tego jak żyć. Jak lepiej organizować swój czas, jak polepszyć relacje z innymi, jak znaleźć radość - w skrócie - jak być szczęśliwym człowiekiem. Słowo "szczęście" tak bardzo nas zbombardowało, że mam wrażenie, że stało się pustym frazesem i nikt tak naprawdę nie wie co ono oznacza. No bo jak rozumieć, gdy w modnych magazynach, pod szumnym nagłówkiem "Jak być szczęśliwym?", pierwszym punktem jest zwykle "Zaakceptuj siebie", a pięć kartek dalej jest artykuł o tym jak osiągnąć idealną sylwetkę do wakacji. Nie przepadam za coachingowym gadaniem i przemowami motywacyjnymi. Dlatego też nie mam w zwyczaju sięgać po życiowe poradniki, od których roi się w księgarniach. "Slow life. Zwolnij i zacznij żyć" otrzymałem w prezencie urodzinowym. I dziękuję.

   Czasem wydaje mi się, że ludzie myślą, że jest jakiś magiczny przepis czy zaklęcie po którym ich życie zmieni się o 180 stopni, a oni sami zaczną w końcu żyć "naprawdę". Jeżeli ktoś, czegoś takiego szukałby w tej książce, to przykro mi, ale ta nie jest w takim razie dla niego. I chyba każda inna tego typu również. Czy to źle? Myślę, że wręcz przeciwnie.

   Skoro nie ma przepisu na szczęście, zatem co jest? Jest wiele okazji do zastanowienia się i zadawania samemu sobie pytań. Bardzo na pozór prostych. I właśnie o tym w dużej mierze piszę pani Joanna Glogaza. O nieskomplikowanych czynnościach, myślach i słowach o których kompletnie zapominamy na co dzień. Wykonywanych tak automatycznie, że już kompletnie niezauważenie. Ślizgając się po nich w pędzie codzienności, kompletnie nie zauważamy małych radości, które z nich wypływają. Cała filozofia slow life skupia się przede wszystkim na uważnym przeżywaniu życia. Podczas lektury wyjątkowo zapadły mi słowa, że ludzie cały czas nieustannie na coś czekają, że zrobią jeszcze to, to i to i już będą żyć tak jak chcą. Niestety nie zdają sobie sprawy, że to właśnie te najzwyklejsze wtorki i czwartki składają się na ich życie.

   Książka "Slow life. Zwolnij i zacznij żyć" opowiada także m.in o pasji, przyjaźni czy pracy. Z racji tego, że jest napisana przez blogerkę, i wiele przykładów odnosi się do sfery blogowania, muszę przyznać, że trafiła do mnie. Urzekło mnie w niej to, że jest zwyczajnie szczera. Nie ma zbędnego owijania w bawełnę czy używania górnolotnych słów, co podkreśla sama autorka w pierwszych stronach. Uważam, że książka jest napisana w bardzo przemyślany sposób i zawiera naprawdę ciekawe spostrzeżenia. Jest na pewno skarbnicą złotych myśli, do których co jakiś czas bardzo chętnie będę wracał i odświeżał je.

Czytaliście tę książkę? Może polecacie inne o podobnej tematyce?

piątek, 24 lutego 2017

Konik felietonik #2: Dziwni idole dziwnych nastolatków


  Kiedy miałem lat dwanaście szalałem za "Camp Rockiem". Ot, taką przyjemną, niewymagającą opowieścią o spełnianiu marzeń. Wszystko okraszone było śpiewem oraz tańcem a w rolach głównych obsadzono najświeższe nabytki Disneya - braci Jonas i Demi Lovato. Nie mogło mi się więc nie podobać. Ba, byłem zachwycony. Rok 2008 to też początek globalnego szału na wampiry, wywołanego "Zmierzchem" Stephenie Meyer a głównie jego adaptacją filmową. Gdzie oczy nie poniosły, tam był Robert Pattinson. Włączałem strony internetowe - Robert, skakałem po kanałach - Robert, otwierałem BRAVO - Robert z Kristen, dla odmiany. O wartości i poziomie ich gry aktorskiej można byłoby mówić wiele, ale to już inna sprawa. W tym samym czasie światowy rynek muzyczny podbijała mocno zdolna Lady Gaga a na rodzimej scenie pojawiła się młodziutka, utalentowana Ewa Farna.

   Dlaczego przywołuje tutaj te wszystkie postacie? Ponieważ każda z nich jest w jakiś sposób uzdolniona i związana ze światem sztuki. Nie od dziś wiadomo, że artyści inspirują. Językiem estetyki napełniają ludzi swoimi namiętnościami czy obawami. Poprawiają humor lub zasmucają. Ludzie w naturze mają potrzebę podziwiania innych za jakieś unikatowe cechy. Wówczas stają się sympatykami np. charakterystycznego głosu jakiegoś muzyka, ekscentrycznej mimiki aktorki czy stylu pisania danego poety.
"Dlaczego pół miliona dzieciaków codziennie śledzi życie chłopaka, który na swoich filmikach naciąga sobie na głowę prezerwatywę?"

   Toteż trudniej jest mi zrozumieć fenomen youtuberów. Bo czym sobie zaskarbuje sympatię widzów dziewczyna, która z przejęciem opowiada o tym jak dotknęła bożyszcza nastolatek? Dlaczego pół miliona dzieciaków codziennie śledzi życie chłopaka, który na swoich filmikach naciąga sobie na głowę prezerwatywę? Dlaczego jednemu z drugim urządza się w empiku premiery swoich górnolotnych książek o graniu na kompie? Nie. Calm down. Jednak po kilku chwilach zmieniam zdanie. Pytania powinny brzmieć nieco inaczej: dlaczego jest na to popyt? I klasyk - gdzie są rodzice tych dzieci, które to oglądają? Z całym szacunkiem, ale aż boje się myśleć, jakie wartości im przekazuje dziewczyna, która zamyka się na dwa tygodnie w szklanej kanciapie, na środku centrum handlowego. Smuci mnie, że ludzie nie przejawiających żadnych talentów, nie mający nieszablonowego światopoglądu, ba, nie mający czegoś mądrego do powiedzenia, stają się dla młodych ludzi autorytetem.  
Oczywiście byłbym niesprawiedliwy gdybym wrzucił wszystkich do jednego wora. Jest wielu twórców na YouTubie, którzy tworzą naprawdę produkcje wysokich lotów i są godni uwagi. O moich ulubionych pisałem w Kogo najczęściej oglądam na YouTubie?. Nie ryzykowałbym jednak nazywania ich jutuberami.

   Na millenialsach wiesza się psy. Jednak aż boje się pomyśleć co kotłuje się w głowach pokolenia Z. Mam przeczucie, że ich idole nie będą świecić nieustannym blaskiem.  W końcu nic nie trwa wiecznie. Nawet hajs z jutuba. Tylko co się z nimi stanie, jeżeli wszystko co umieją, to uczestniczyć w we własnym, internetowym big brotherze?     

niedziela, 19 lutego 2017

Kulturalnie przy kominku #1: Musimy porozmawiać...

    W cyklu "Kulturalnie przy kominku" będą się dzielił z Wami filmami, serialami czy książkami z którymi miałem okazję się zetknąć i które uznałem za godne polecenia (lub wręcz przeciwnie). Czyż nie przyjemnie jest usiąść wieczorem w fotelu, przy rozpalonym kominku i uciąć sobie pogawędkę o dobrej książce czy filmie? Co prawda, kominka tutaj nie mamy, a bardzo mi zależało, aby cykl przywołał miłe skojarzenia i wprowadził ciepłą atmosferę. Myślę jednak, że to żaden problem dla nas. Od czego mamy nieskończoną wyobraźnię, którą aż kipi z naszych głów? Nie wiem jak Wy, ale ja już rozgrzewam się od trzaskającego, wesołego ognia i czuję unoszący się w powietrzu zapach palonego, dębowego drewna. Zapraszam, usiądźcie ze mną.


    Pierwszą pozycją o której chciałem opowiedzieć jest "Wątpliwość" z 2008 roku. Głównie do obejrzenia filmu zachęciło mnie nazwisko Meryl Streep w obsadzie. Jej wyzywające spojrzenie z plakatu filmowego szybko mnie zaintrygowało. Chciałem zajrzeć w jej oczy i dociec co tak naprawdę skrywa się w duszy jej postaci. O duszy, można rzec, jest w tym filmie sporo. Akcja dramatu rozgrywa się w murach katolickiej szkoły prowadzonej przez siostry zakonne. Jednak sam obraz nie skupia się na Bogu. Dotyka przede wszystkim kontrowersyjnego tematu, jakim jest pedofilia wśród księży.
   Generalnie uważam, że owy problem pokazany został w łagodny sposób. Domyślam się, że film miał na celu przede wszystkim skłonić widza do r
efleksji, a nie zaszokować. Przez prawie dwie godziny obserwujemy, prowadzone na własną rękę przez zakonnice, śledztwo mające ujawnić niestosowne kontakty miejscowego proboszcza z uczniami. Myślę, że film jest o tyle ciekawy, że widz właściwie wie dokładnie tyle samo, ile wspomniane siostry zakonne. Może wysnuć podejrzenia tylko na podstawie tego, co one same widziały. Czy uważacie, że miały racje i dowiodły winy? Czy może macie... wątpliwość? 


    O filmie "Musimy porozmawiać o Kevinie" myślę do dziś. Jest to dramat psychologiczny wobec, którego nie można przejść obojętnie. Już pierwsza scena filmu zrobiła mi w głowie małe fiu bździu. Główna bohaterka Eva (Tilda Swinton) jest z natury marzycielką i romantyczką. Jej hobby od zawsze były podróże. Kiedy w niespodziewanym momencie musi sprostać nowej roli, jaką jest macierzyństwo, wszystko się zmienia. Na świat przychodzi Kevin i od samego początku coś jest nie tak. Pomimo, że główna bohaterka stara się jak najwięcej miłości okazać synowi, ten z dziwną premedytacją uprzykrza kobiecie życie. Im jest starszy, tym większy wywołuje w niej strach.
   Uważam, że film jest naprawdę mocny w odbiorze. Jest to jeden z tych, których nie ogląda się z przyjemnością. Zdecydowanie zadedykowany jest widzom, którzy nie boją się pełnej gammy emocji i uczuć, niekoniecznie pozytywnych. Swoiste zdziczenie i brutalizm ukazywanej rzeczywistości jest główną cechą filmu. Nieustanne przeplatanie retrospekcji z czasem rzeczywistym wprowadza widza w dodatkowe zakłopotanie. Kto zawinił i czy można było zapobiec strasznym wydarzeniom?


Oglądaliście któryś z tych filmów? Jeżeli nie, to jaki tytuł Was bardziej zainteresował?